Powiadają, że z każdej sytuacji jest wyjście.
Moim zdaniem to slogan, jak wiele innych - górnolotny, bez większego pokrycia w rzeczywistości.
Wiem, że sama wpakowałam się w kłopoty - i z tego powodu wielu ludzi odmawia mi prawa do bycia załamaną, bezsilną lub po prostu do chwili słabości.
Wszystko to wiem.
Tylko co z tego przyjdzie, że będę się kajać i ciągle przepraszać, że żyję, że będzie się mnie non stop karać?
Czy o to chodzi? o nauczkę?
Czy o rozwiązanie sprawy?
Już dawno przestałam mieć wrażenie, że chodzi o zwrot długu. Wszystkie kroki podejmowane przez niektórych wierzycieli świadczą o czymś zupełnie przeciwnym.
Uniemożliwia mi się życie, zarabianie pieniędzy.
Komuś się wydaje, że jak będę rozdeptana, to zamiast flaków, wyciekną ze mnie pieniądze.